Polscy kajakarze slalomowi bez medali w finale Pucharu Świata. Przed nimi teraz mistrzostwa Europy
Zwolińska, po słabszych niż oczekiwała występach w K1 i C1 chciała poprawić sobie humor w kajakowym crossie, który szczególnie w La Seu d’Urgell, gdzie jest wąski tor pełen kamiennych głazów, jest mocno loteryjny. Przez dwie pierwsze rundy w niedzielę przeszła jak burza, ale w ćwierćfinale, choć do pierwszej bramki podjazdowej dojechała na pierwszej pozycji, została wypchnięta przez rywalki. Później walcząc o pozycję jej kajak jeszcze się przewrócił, przez co straciła szanse awansu do półfinału.
Uderzyłam się wtedy w głowę podczas przejazdu, ale poza tym wszystko jest w porządku. Cóż, tak właśnie wygląda kajak cross. Teraz mam dwa dni przerwy, na chwilę wrócę do domu, a później jadę na mistrzostwa Europy. Główną imprezę sezonu, czyli mistrzostwa świata, mam już za sobą, ale fizycznie nadal czuję się dobrze. Najważniejsze, żeby utrzymać dyspozycję przez kolejne dwa tygodnie, co z pewnością będzie wyzwaniem, bo zmęczenie jest już odczuwalne – mówiła Zwolińska.
Polka, wspierana przez sponsora głównego polskiego kajakarstwa PGE Polską Grupę Energetyczną może mieć jednak powody do zadowolenia, bo choćby w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata w konkurencji K1 była tuż za podium, w crossie na czas piąta, a w crossie siódma. Wysoko uplasowała się także w crossie i crossie indywidualnym.
W niedzielę do ćwierćfinału nie dostała się Dominika Brzeska, która pewnie popłynęła w eliminacjach, ale w kolejnym wyścigu była już trzecia.
Jak mówi Mateusz, na pierwszym podjeździe to ja zrobiłam rywalki w kokosa, ale na dole role się odwróciły. Podjazdy są tam bardzo trudne i ciężko je skutecznie zaatakować. Do mety dopłynęłam trzecia i na tym zakończyłam dzisiejszą rywalizację. To wymagający, wąski tor, z trudnymi cofkami i płytką wodą. Trzeba na nim trochę popływać, żeby dobrze go poznać – mówiła Brzeska.
Polka, która na stałe mieszka w La Seu d’Urgell i zna ten tor najlepiej z Polaków, z mieszanymi uczuciami kończy finał Pucharu Świata.
W slalomie przeszkodziły mi błędy i sto punktów karnych. Bez nich byłby finał, ale nie ma sensu gdybać. Do crossu byłam świetnie nastawiona, jednak trafiłam do bardzo mocnej grupy. Mogło być lepiej, ale czuję, że w slalomie jestem coraz bliżej czołówki, a nad crossem muszę jeszcze popracować – dodała.
W rywalizacji mężczyzn w niedzielę wystąpiło dwóch Polaków – Mateusz Polaczyk i Marek Kulczycki. Ten drugi odpadł w repasażach, natomiast Polaczyk, mimo bardzo ambitnej walki, rundę później w walce o ćwierćfinał. Polak nie miał też szczęścia, bo startował z pierwszej pozycji startowej, a na tym torze oznacza to, że tuż po wpadnięciu do wody z rampy… płynie się na wielki kamień.
Tak, ta rampa jest bardzo specyficzna. Skrajne pozycje, zwłaszcza pierwsza, z której startowałem, są trudne, bo skacze się niemal prosto na kamień. Trzeba lekko odbić w lewo, a później wszystko dzieje się w ułamku sekundy. Na górze panuje ogromne zamieszanie. Szkoda, że odpadłem, bo każda runda i możliwość rywalizacji z najlepszymi dają cenne doświadczenie. Trening i zawody to dwa różne światy. Cross jest bardzo widowiskowy, ale też pełen chaosu i kontrowersyjnych decyzji sędziowskich, których czasami jako zawodnicy nie rozumiemy. Trzeba jednak robić swoje – mówił Polaczyk.
On, podobnie jak większość polskich zawodników, wyjeżdża z La Seu d’Urgell z mieszanymi uczuciami – bez medalu, ale z wysokim, szóstym miejscem w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata w K1.
To dobry wynik, choć wiem, że sporo punktów straciłem w Tacen, gdzie dotknięcie ostatniej bramki kosztowało mnie finał. Tutaj także była szansa na więcej. Teraz przenosimy się do włoskiej Ivrei, gdzie za dwa tygodnie odbędą się mistrzostwa Europy. Tam będzie już prawdziwy ogień – dodał.
W czołowej dziesiątce Pucharu Świata w K1 był też wicemistrz świata z Oklahoma City Michał Pasiut, który zajął w klasyfikacji generalnej siódmą pozycję.
Za nami dwa tygodnie mocnego ścigania podczas Pucharów Świata w Paryżu i La Seu d’Urgell, dlatego końcówka sezonu daje się już we znaki. Mimo to z optymizmem patrzymy na mistrzostwa Europy. Były miejsca w pierwszej dziesiątce, dobre przejazdy i medale zdobywane w poszczególnych zawodach. Czasami punktów karnych lub odrobiny szczęścia zabrakło do jeszcze lepszych wyników. Puchar Świata trwał od czerwca, więc zawodnicy przez długi czas musieli utrzymywać wysoką formę. Cały cykl oceniamy pozytywnie, choć wiemy, że stać nas na więcej. Teraz zawodnicy na chwilę wracają do domów, żeby odpocząć i zresetować głowy przed mistrzostwami Europy – podsumował start biało-czerwonych,
wspieranych przez partnera Polskiego Związku Kajakowego
markę LOTTO, trener kadry Jakub Chojnowski.





